Głupota jednak może latać.

Wakacje w tropikach i po raz kolejny Tajlandia. Nie byłoby o czym mówić, ale ten wyjazd od samego początku wydaje się szczególny. Wyróżnia go przede wszystkim moje błędne tym razem  przekonanie, że zawsze mam rację. Mądralka została pokonana i położona na dwie łopatki. Droga na lotnisko i lot z Warszawy do Dubaju przebiegł bez jakichkolwiek zakłóceń. Przesympatyczna obsługa i początkowy brak zmęczenia przełożył się na szybko mijającą podróż w kierunku tropikalnych wakacji. Przesiadka w Dubaju i pięciogodzinne oczekiwanie na następny samolot miało ograniczyć się do przesiedzenia tego czasu w barze lotniskowym. Nikt nie planował maratonu po lotnisku i ryzyka spędzenia na nim wakacji. Niestety myliłam się.

Po wyjściu z samolotu na lotnisku w Dubaju szybko rzuciłam okiem na tablicę odlotów i zdecydowanym tonem oświadczył mojemu mężowi, że następny lot mamy z terminala B. Aby się tam dostać musieliśmy pokonać cały terminal A i przejechać pociągiem do terminala B. Tam dodatkowo okazało się, że nasza bramka  znajduje się na samym jego końcu. Szczęśliwie znajdował się tam także przesympatyczny bar w którym popijając piwo oczekiwaliśmy na nasze połączenie. Przy okazji obserwowałam ludzi, którzy z wywieszonym językiem dobiegali do bramek i mniej lub bardziej skutecznie udawało im się jeszcze dostać na pokład samolotu.

Na godzinę przed odlotem przeczołgaliśmy się pod bramkę i pokonani przez zmęczenie zamknęliśmy na kilka chwil oczy. Nie wiem jak długo trwa chwila, ale moja chwila jak się później okazało trwała odrobinę dłużej niż chwila mojego męża. Z objęć Morfeusza wyrwał mnie spanikowany głos męża, który mówił coś o innej bramce. Otworzyłam oczy i jedyne co do mnie dotarło to informacja, że bramka pod którą koczujemy jest niewłaściwa, a nasza znajduje się w miejscu w którym praktycznie wysiedliśmy z samolotu z Warszawy. Jestem pewna, że nasz bieg i nerwowe oczekiwanie na pociąg transportujący pasażerów między terminalami musiał wzbudzić zainteresowanie, ale na nasze szczęście nikt nie próbował nas zatrzymać. Gdy po 15 minutach dobiegłam do właściwej bramki cieszyłam się, że od ponad dwóch lat nie palę papierosów, bo mojego palącego męża zmęczenie i złość na mnie zabijały kaszlem. Okazało się, że nikogo nie musieliśmy błagać o wpuszczenie na pokład, a nasze bagaże nie poleciały bez nas do Bangkoku. Duży samolot to zdecydowanie dłuższy czas „załadunku” pasażerów, a zwłaszcza gdy jest ich prawie pięciuset.  Przesympatyczna stewardesa z rozbrajającym uśmiechem wita nasze niespokojne oddechy mówiąc „musimy jeszcze chwilę zaczekać na wejście do samolotu”, a ja widzę wzrok mojego męża i już wiem, że przynajmniej do następnej podróży moja wpadka z pomylonymi bramkami będzie niezłym powodem do żartów.

Wyślij wiadomość